chlopiec-z-plasteliny blog

    Twój nowy blog

    Prolog
    http://zazie.com.pl/2016/07/nigdy-bedzie-takiego-lata/

    A dalej tak:

    Wypierz mnie z rana. Może być w 60 stopniach. Łącznie z pukaniem i odwirowywaniem duszy od ciała, myśli od słów, głupot od czystego sumienia. Wypierz mnie z zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i tych wszystkich mieszanych epizodów depresji i manii. Bo ostatnio znów straciłem radość do życia, czuję się zmęczony, ze skarpetką na głowie i ręką zawinięta dookoła szyi. Wczoraj oglądałem film, skoncentrowany w trójnasób, ale dziś już nic z niego nie pamiętam. Uleciał, odpłynął, wyparował. Teraz z obniżonym nastrojem unikam kontaktu ze znajomymi, boję się wyjść z domu, boję się stanąć na ziemi innej niż podłoga mojego pokoju. Spowalniam z problemami wykonywania takich zadań, jak mycie naczyń, kąpiel, wstanie z łóżka, rozmowa z drugą osobą, choćby przez telefon. Nie jadłem znów cały dzień, leżę pod kocem, a odgłosy z klatki schodowej wywołują we mnie lęk. Nastawienie do całego świata i ludzi potrafi być bardzo negatywne, budzi strach, macha do mnie powykrzywianymi kończynami, gałęzie wplata we włosy, język przybija do ściany, zdrapuje farbę potłuczoną butelką.

    Ale oto nagle spłynął na mnie stan radości i euforii. Oto słucham garści najnowszych piosenek, które notabene wywołują we mnie dobry humor. Ale nagle i niespodziewanie głośnik zaczął mi buczeć, więc zdenerwowany, pełen drażliwości i agresji wyrzuciłem cały sprzęt przez okno. Jeszcze nakrzyczałem na sąsiada, który zwrócił mi uwagę. Po tej gonitwie myśli i słów przyszedł czas uspokojenia, zastygnięcia bez żadnego czynu. Zatem położyłem się w szlochach i zasnąłem. Epizod maniakalny jak szybko się zaczął, tak szybko minął.

    Ale jutro niestety będzie kolejny dzień, który nie wiem co przyniesie, radość czy smutek, życie czy śmierć, dźwięki czy ciszę, wojnę czy białą wstążkę na ratuszu.

     

    Epilog:
    Wszystkie piosenki są o miłości. We wszystkich tekstach błyska się i słychać szczęk żelaza…

    dwa imiona już niekompatybilne jak dwa słowa dawno bez cienia rymu
    jak brzegi rozdzielone rzeką
    szampan i zważone mleko

    w galerii krwawych smaków bez żadnych maków i tulipanów
    śnię Cię powoli w chaosie czarnych dziur
    idąc głębiej: pamięci słów pamiętliwość, kart rozdanie, grzechów niezapominanie

    ale dziś przyszła wiadomość od Ciebie…

    spałem dziś 16 godzin na dobę
    śniąc o górach twojego serca
    na które wspinałem się po krawędziach i szczytach

    odprawiane egzorcyzmy nic nie pomogły
    pęknięte zdjęcie zatrzymało się w przełyku
    namokło śliną – wspomnieniem pocałunków

    atrament klawiatury powoli się rozpływał i litery traciły swą postać
    miłość jednak nie przestawała istnieć
    zdaje się, że nigdy nie przestanie…

    kocham urodzinowo każdą sekundę Twojego ciała
    dolegliwości skórne, ciśnienie nie w normie i niespokojny sen

    czas spowalnia albo przyśpiesza
    niszczy złe wspomnienia
    dobre przeradza w baobab

    to takie drzewo, które rośnie nogami do góry
    korzenie z głowy w ziemię wplata
    nic nie gada
    milionami lat świetlnych tylko istnieje
    bez Ciebie…

    1.
    mam więcej wad niż zalet
    strachów niż sielanek
    mam więcej zdrobnień niż zgrubień
    więcej pachołków niż czystej bez popitki
    mam więcej siedzeń niż wzlotów

    zamiast kwiatów
    kupiłem dziś kilogram pomidorów
    powkładałem do wazonów i wpatrywałem się
    obłędnie w tę czerwień przez cały wieczór…
    a Ciebie nie ma tu

    2.
    halny w zastawce mitralnej gdzieś tam ciągle wieje
    cisza, bo głośniki grały i nagle przestały
    komputer bez fonii to jakby niekomputer
    bez rąk laleczka voodoo
    z sercem w słoiku pierrot

    i teraz ten niekomputer wyświetla w ciszy tylko stare zdjęcia,
    których obietnice okazały się bez pokrycia…

    3.
    dla Ciebie wskoczę w ogień
    ogień przyniosę z ogniska wiecznego oddalenia
    oddalenie zapomnę
    już zapomniałem

    dziś we śnie odebrałem telefon od Ciebie
    później czekałem cały dzień, nadaremno…
    nazywam się Niebo. Niebo się nazywam.

    4.
    nazywam się nieszczęście
    tym nieszczęściem przenoszę bieszczady i góry stołowe
    z gór na kartki pamiętnika

    ale one białe, wyblakłe, bez wyrazu
    bez Ciebie

    nazywam się niebo
    burzy mi potrzeba…

    5.
    spałem dziś 16 godzin na dobę
    śniąc o górach twojego serca
    na które wspinałem się po krawędziach i szczytach

    odprawiane egzorcyzmy nic nie pomogły
    pęknięte zdjęcie zatrzymało się w przełyku
    namokło śliną – wspomnieniem pocałunków

    atrament klawiatury powoli się rozpływał i litery traciły swą postać
    miłość jednak nie przestawała istnieć
    zdaje się, że nigdy nie przestanie…

    6.
    dwa imiona już niekompatybilne jak dwa słowa dawno bez cienia rymu
    jak brzegi rozdzielone rzeką
    szampan i zważone mleko

    w galerii krwawych smaków bez żadnych maków i tulipanów
    śnię Cię powoli w chaosie czarnych dziur
    idąc głębiej: pamięci słów pamiętliwość, kart rozdanie, grzechów niezapominanie

    ale dziś przyszła wiadomość od Ciebie…
    kocham Cię
    nad  życie… całe…

    1.
    Moje dolegliwości pojawiają się zdradziecko, nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdą. Coś się wtedy dzieje w moim ciele, zaczynają mnie boleć kości, mięśnie, życie. Jest to ból nieprzyjemny, ckliwy, tak go nazywam. Trwa bez przerwy, nie znika godzinami, a czasem całymi dniami, w weekend. Nie można się ukryć przed tym bólem, nie ma na niego tabletki ani zastrzyku. Musi boleć, tak samo jak rzeka musi płynąć, a ogień musi płonąć. Chodzę nad Jasień, teraz już sam, wkładam głowę do kuchenki, podpalanej już własnym płomieniem. Przypomina on złośliwie, że składam się z materialnych cząstek, które przemijają w każdej sekundzie. Może dałoby się do niego przyzwyczaić? Żyć z nim tak, jak ludzie mieszkają w mieście Oświęcimiu albo Hiroszimie i wcale nie myślą o tym, co się przedtem wtedy stało. Po prostu żyją.

    2.
    Po bólach życia przychodzi ból brzucha, wnętrzności, wątroby, wszystkiego, co tam w środku mam, nieustający. Jest go w stanie ukoić muzyka, którą noszę ze sobą cały czas, w fiolkach, czopkach, pod pazuchą. Czasami mam wrażenie, że w rzeczywistości składam się z samych objawów choroby, składam się z samych powtórzeń. Jestem fantomem zbudowanym z bólu. Gdy trudno mi sobie znaleźć miejsce, wyobrażam sobie, że na brzuchu, od szyi do krocza mam błyskawiczny zamek i że go powoli rozsuwam, z góry na dół. I potem wysuwam ręce z rąk, a nogi z nóg, i wyciągam głowę z głowy. Wydobywam się z własnego ciała, a ono spada ze mnie jak stare ubranie. Jestem drobniejszy i delikatniejszy, prawie przezroczysty. Mam ciało jak meduza, białe, mleczne, fosforyzujące. Bez miłości. Jedynie ta fantazja jest w stanie przynieść mi ulgę. O tak, wtedy jestem wolny.

    1.
    Przyszedłem na świat po to, żeby zamiatać suche liście w ruinach twojego ciała. Pozwól mi jeszcze raz pocałować jakąś swoją ranę albo co tam jeszcze z tego pozostało. Pojedźmy do nas, adres: Drzewa Umierają, Stojąc, ulica: Daleko, Daleko Stąd…

    2.
    Zawsze marzyłem, żeby rzucić się na siebie z dwóch balkonów naprzeciwko. Znaleźć się na samym środku bardzo cienkiej deski, kilka metrów nad ziemią. Krzyknąć: żyjemy, nie spadliśmy, co za cud! I trzymać się w objęciach, ach, z rozkoszy, z której można by wyskoczyć ze skóry.
    Ale to się nigdy nie stało. Z przyczyn technicznych odroczone o wieczność…

    3.
    Nie można zagrać miłości na jednej nucie, choćby tej najwłaściwszej. Trzeba zaskakiwać, głaskać po ręce, possać czubek ucha, prowadzić tam, skąd jest najlepszy widok, uwalniać gołębie, płodzić motyle, dodawać przypraw. Ale nie przesadzać, nie doszukiwać się pęknięć, mimo że świat pęka co rusz, nie szukać w nas rezonansu sprzyjającego tym pęknięciom.

    Urodziłem się w czepku. Ale ciągle płakałem. I ciągle ktoś rzucał na mnie urok. Dlatego na ręku miałem czerwoną wstążkę. Kochano mnie. Ojciec w zimę stulecia chodził 3 kilometry po mleko. Później hodowaliśmy króliki. Rwałem im chwasty po rowach i karmiłem bez końca. Potrafiły zjeść. Później przyszedł dziwny okres dezorientacji, to już w podstawówce było. Ojciec zaczął mnie bić. A ja zacząłem popadać w stany białej gorączki. Później przeprowadzka, jedna i druga. Wreszcie w wieku lat 29 wyjechałem na stałe z domu rodzinnego. Teraz wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem.

    I nie byłem dziś na cmentarzu, zakupy zrobiłem wczoraj: kiełbasę, kapustę i watę cukrową…

    Nocą. Każdą. Nocą. Baśnią. Leżę. Nocą.
    Zjadam węże.

    Jest trzecia nad ranem. Dopalam ostatniego papierosa.
    A tam nowy szept zza drzwi. To nowy dzień… 

    I żadnej masowej paniki, zbiorowego chowania się po schronach, bezsensownej ucieczki przed nieuchronną zagładą?
    Kłamstwo! Bo panik i ucieczek było już co najmniej kilkanaście.

    ***

    Przypatrzmy się zatem jednostce. Każda życiowo spowalnia w innym tempie. Znakomite studium kiełkującej depresji. Każdy ma swój własny koniec świata. A słowa, zachowania, gesty, grymasy nie są tu przypadkowe. Całun splinu. Nikt nie może  pomóc, bo i nikt na razie nie oczekuje pomocy. Melancholia się zbliża. Jaśniejący punkcik na firmamencie. Ale niepokój z każdym dniem wzrasta coraz bardziej z rosnącą obawą spoglądania w niebo. Niewytłumaczalny koniec z niepotwierdzonymi informacjami prasowymi. Konsultacje społeczne. Prasa w rękach mięknie. Wywiady środowiskowe blakną. Przyjaciele kasują cię na facebooku.
    I w każdym z nas budzą się najgłębiej uśpione behaviory. A może by tak w obliczu śmierci odzyskać wewnętrzny spokój – niech koniec świata przyniesie ulgę, ukoi. Przecież to nie pierwszy koniec w naszym życiu. Zatem pogrążmy się w nim jak w autoterapii.

    Zatem wstaniemy na raz, jedziemy na dwa!
    Wspólne wakacje w górach już za tydzień!

    Zazwyczaj śpię w pozycji klucza wiolinowego. Śpię i śnię. A sny napływają. Zewsząd.
    Zazwyczaj śnię w pozycji embriona. Sny atakują z prędkością światła.
    Zewsząd.

    Sen – czuwanie. Słyszę odgłosy z klatki schodowej, pukania rolet, tykanie zegara.
    Ale nadal śnie.

    O wszystkim. Cały wszechświat wyśnię… wyśnię, wyrzucę.
    Każdej nocy. To samo od początku. Wyżymanie i wyrzucanie. W kółko.

    Bo jest niby tak, że poruszam się po sinusoidzie smutku i radości, szukając w swoim życiu jakiejś stałej. Czegoś niepoddanego korozji pustych rytuałów, hipokryzji i kalkulacji. Zawieszony na granicy dwóch światów, pragmatyki i egzystencjalnego indyferentyzmu a cynizmu i dekadencji, dochodzę do wniosku, że to, co zrobię, i tak pozostanie bez znaczenia. I śniąc, czuję, jak pogłębiająca się rezygnacja powoli osuwa mnie z niepokoju i rozedrgania w ramiona depresji…

    Ale może próbując zaklinać rzeczywistość siłą porządku, zbuduję pozory, by choć na chwilę złożyć tą rozsypankę, do której sam doprowadziłem?
    A w kroku następnym zredukować wszelkie przejawy apokaliptycznego pesymizmu racjonalizmem i wiarą w przetrwanie?

    Moje wakacje zawsze noszą imię depresji.
    Czekam na sen, który to zmieni! Czekam na powrót Ciebie, kochanie!


    • RSS